sobota, 8 września 2018

Gry

Gry...spoko 
Co ja nie opiszę tego paradoksu? Ogólnie już nie grywam (to nie jest ważne, że akurat mam obok pada z odpalonym Diablo III...) jednak bywało dużo weselej. 
Jak to się zaczęło... hmm. U mnie była to sytuacja standardowa jak na tamte czasy: kolorowy telewizor wielkości przeciętnej komody teraz oraz Comodore 64. Comodore 64 był to cud techniki napędzany na kasety i malutki śrubokręt (gimby nie znajo). Spędzałem przy tym badziewiu parę godzin w tygodniu... bo to zupełnie inne lata były- większość wolnego czasu wciąż jednak podwórko i pierwszy bmx. Ten sprzęt miałem dość długo (w końcu kuzyn go odziedziczył), ale następny był Pegasus... kasetki z grami typu Tanki czy Donkey Kong/Mario. To mnie jakoś nie kręciło (bardziej moich kolegów z klasy/szkoły). Niech pierwszy rzuci kamieniem kto nie kupił kiedyś na bazarze czy targu kasetki do Pegasusa... tylko nie we mnie. 
Pierwszy komputer był tak zajebisty, że do dziś chcę kawę sobie zrobić jak o nim sobie przypominam. Mniej więcej zaparzenie kawy+ wypicie jej połowy to był czas włączenia go... a gdzie tu do odpalenia gry... 
Moja siostra zapewne pamięta te ciągłe wojny o to co ma być na dysku (poza windowsem niewiele się mieściło na nim). Niestety takie czasy. 
W tym wspaniałym okresie swoich pierwszych randek, imprez itp. od czasu do czasu spotykaliśmy się aby pograć w gry typu Heroes III (hot seat i to dosłownie) czy też DSJ (deluxe sky jumping). 
Ostatnio mój Skarb przypomniał mi o pewnym fenomenie-kafejkach internetowych. Najpopularniejsze były tak gdzieś z 15 lat temu jak nie każdy miał internet i dotęp do komputera na którym mógłby grać w Counter Strike czy też Tibię (jebane kwadraciki goniące kółeczka). I w tym miejscu powinienem się zatrzymać, co też uczynię... Counter Strike. Godziny treningów, setki taktyk, masa pieniędzy przeznaczona na kafejki w 6 osób i tym oto sposobem pisze do was członek trzeciej drużyny w Polsce podczas jednego z pierwszych turniejów tej gry(Heyah League). Łza mi się ciśnie do oczu jak sobie przypomnę nasz ostatni mecz... szkoda mi tego kompa co wyleciał przez okno od sąsiada piętro niżej i tak- to przez niego przegraliśmy, bo mu neta zerwało. 
Był okres w moim życiu, że dość aktywnie grałem w League of Legends- platyna/złoto zależy kiedy się obudziłem aby wbić rangę. Do tej pory mam 90% postaci i z 200 skinów do nich (sprzedam tanio). Kto spędził ze mną te godziny na Skypie czy TS-ie... ehh gratulacje że wytrzymaliście. Chyba w tamtych aplikacjach trenowałem sarkazm... 
Jakbym o pewnym epizodzie w moim życiu gracza nie wspomniał...niektórzy by mnie zjedli... 
Blood Wars- wojny krwi. 
Gra przeglądarkowa istniejąca po dziś dzień. Kurde panowie... Nie wiem od czego przy niej zacząć. Może od początku? Więc grać zacząłem tuż po jej wystartowaniu, gdzie bardzo szybko przejąłem tradycję jednego z klanów"Ewidentne Rarytasy". Chwilę później powstały nowe krainy(serwery) na których ten klan prowadziłem... i tak poznałem masę(powstrzymywałem się aby napisać Rzeszę, ale to jednak lepiej pasuje) ludzi. "Przyjmij nas, bo kolega ma oblężenie na kwadrat i trzeba go bronić"... spoko... I tym oto sposobem zaczęliśmy budować coś, co do tej pory mam tak zakorzenione w sercu. Zjazdy ludzi, zasady które na tych zjazdach obowiązywały... Ba nawet zasady dla kobiet 
"Co trzeba zrobić aby być Rarytaską"(kto pamięta ten zna proces rekrutacji rodem z biurka Łysego z Brazzers). 
Hehe... zjazdy- właśnie. 
To co się tam działo biło wszystkie moje spotkania chyba na głowę. To jak sobie pomagaliśmy wzajemnie, razem spędzaliśmy dziwnie czas czy też po ludzku- piliśmy. Dwa tygodnie w miejscu gdzie nas nie znają(do tej pory nie jeżdżę do Giżycka). Było nas stu teraz jest nas niewielu (a jednego z najstarszych członków klanu-mimo iż mamy kontakt- nadal nie widziałem na oczy). W tym miejscu napiszę, że fajnie się potoczyły nam życia... każdy ma swoje i każdy z nas pamięta te wydarzenia. i tu pojawia się mi temat bezpośrednio dotyczący gier- dzieci. 
Obecnie naprawdę nie rozumiem młodzieży. jakim cudem plac zabaw jest non-stop pusty...a dzieci w wieku trzech lat trzymają telefon w ręku gdy ja w ich wieku wpierdalałem piasek. Niestety jest to wygoda dla rodziców. Po co wyjść z dzieckiem na spacer do parku, na rowerek czy rolki... a nie daj boże gdzieś w park na piknik? Można przecie najnormalniej w świecie mieć problem z głowy i dać dziecku coś na czym można grać. Uczcie wasze pociechy kalectwa. Nie jestem jakimś mentorem w tej dziedzinie, ale widzę jak każdy co się dzieje- dziecko płacze w supermarkecie do momentu dostania telefonu z grą czy inne tego typu ekscesy przypominające Egzorcyzmy Emili Rose... Na tą chwilę mimo iż mam laptop gameingowy nie grywam na nim- brak czasu, chęci i tego czegoś(chyba kurwa wieku). Jednak na telefonie pogrywam z kolegami z pracy, siostrą i jeszcze paroma osobami w jedną z aplikacji. Jest to na tyle dużo, że innych gier po prostu nie ogarnę-mam swoje życie. Milej i to dużo wspominam za to inne chwile z grami: Planszowymi. Chińczyk- pierwsza gra w jaką miałem sposobność grać poza warcabami w które nie szło oszukiwać. Gry chyba nie muszę nikomu opisywać bo jest prosta jak budowa cepa. Jednak miała w sobie to coś w tamtych czasach... 
Magic: The Gathering- karcianka. Kupa czasu i sporo kart... Oj się grywało w dwóch czy czterech aby tylko sobie dowalić. Jednak to co było później...Dungeon & Dragons... gra fabularna polegająca w 90% na wyobraźni mistrza gry i 10% szczęścia gracza. Oj pamiętam jak siedzieliśmy nocami w 5 osób aby tylko pójść do jakiegoś wypiździjewa i zabić coś tam albo po prostu się najebać w karczmie. Miliony pomysłów i sytuacji (w tym kiedyś naprawdę musieliśmy się na działkach bronić, bo myśleli sąsiedzi, że my na szaber- wpierdol był) Kurde oddam całą swoją wypłatę (zarabiam z 3,5zł na godzinę) aby tylko móc wrócić do tamtych czasów, gdzie nie liczyło się nic poza dobrą zabawą. Nie to co teraz... Pogoń za kasą niczym Trynkiewicz za chłopczykiem- smutne w chuj. Nikt z nas(ludzi pracujących) na dobrą sprawę teraz niema czasu na takie rzeczy...na jakiekolwiek odbicie od rzeczywistości. Mało tego nie mamy czasu dla innych... Nie wiem czy komputeryzacja świata idzie w dobrą stronę. Weźmy na ten przykład przeciętnego ucznia 4 podstawówki. Takie dziecko (z chronicznym zanikiem mięśni) na dzień dobry w szkole nie tłumaczy się
"Musiałem wrócić do domu bo mama kazała mi posprzątać" tylko 
"Stara mi neta wyłączyła a ja kurwa MVP byłem trzy razy"... przysłuchajcie się. Ta nieczułość w sieci niestety tak działa. Z drugiej strony nieczułości to ja się własnie na podwórku nauczyłem z tym jednym małym wyjątkiem... z szacunkiem do innych...

Bang...Temat opisany- czekam na propozycje tutaj bądź pod postem na FB.  Niebawem coś niespodziewanego ukarze się w grafice;)
Pozdrawiam was serdecznie
Szyderca Włóczykij

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz